We wrześniu 2011-tego roku dwóch niepełnosprawnych członków Stowarzyszenia „Aktywne Życie”, poruszających się wyłącznie na wózkach, podjęło  kolejne wyzwanie z rozpoczętego w 2002r. cyklu „Łam bariery – sięgaj dalej”, w ramach którego odwiedzają miejsca trudno dostępne dla osób niepełnosprawnych ruchowo. Tym razem odbyliśmy wyprawę pod hasłem „Dotknięcie Matterhornu”. Rzeczywiste, fizyczne  „dotknięcie” szczytu było już w założeniach wyprawy niemożliwe, bowiem Matterhorn stanowi wyzwanie dla doświadczonych alpinistów, dlatego wjechanie na szczyt przez amatorów na wózkach nie wchodziło w grę. Natomiast „dotknięcie” w naszym rozumieniu oznaczało zbliżenie się do szczytu najbardziej, jak to możliwe (np. helikopterem), wjechanie na Klein Matterhorn, odwiedzenie szczytów, nad którymi króluje już tylko ten jeden, magiczny, legendarny wierzchołek Matterhornu. Nie mniej ważnym celem wyprawy było sprawdzenie, jakie są słynne szwajcarskie udogodnienia dla niepełnosprawnych. Wszystkie te założenia zrealizowaliśmy, choć za sukces, w wymiarze polskim, uważać można już to, że wyprawa została w całości  zaplanowana, zorganizowana i sfinansowana przez osoby niepełnosprawne.
Naszą podróż rozpoczęliśmy w Katowicach, skąd pokonując odległość ok. 1400km dojechaliśmy do malowniczego alpejskiego kurortu Saas Fee, określanego, bez cienia przesady, „perłą Alp”. Jest to maleńka miejscowość położona w dolinie, w której (podobnie jak w innych tego typu miejscach) obowiązuje zakaz ruchu samochodowego. Nie ma wyjątku także dla osób niepełnosprawnych. Samochody zostają na dużym parkingu (płatnym) przed wjazdem do miasteczka. Udogodnieniem dla niepełnosprawnych są dwa oznakowane (także płatne) miejsca przeznaczone na samochody osób niepełnosprawnych, tuż za wjazdem.  Drogę do hotelu trzeba pokonać pieszo/wózkiem. W miasteczku jeżdżą też elektryczne taksówki, ale w naszym przypadku przesiadanie się do nich trwałoby tyle samo ile przejście do hotelu.  Mały hotel, w którym mieszkaliśmy wyposażony był w windę, a wiec mogliśmy się w nim swobodnie poruszać.

Będąc tak blisko celu myśleliśmy już tylko o zobaczeniu szczytu góry, o której tyle czytaliśmy i słyszeliśmy. Naszym jedynym zmartwieniem było to czy dopisze pogoda. Na szczęście poranek zwiastował, że dzień będzie piękny. W związku z tym już pierwszego dnia pobytu postanowiliśmy pojechać do Zermattu – miasta, leżącego u podnóża Matterhornu, z którego można zorganizować przelot helikopterem nad szczytem, a także wjechać kolejkami szynowymi i linowymi na inne alpejskie szczyty. Zermatt, podobnie jak Saas Fee, wyłączony jest z ruchu samochodowego. Żeby się tam dostać, trzeba zostawić samochód już w miejscowości Tasch, położonej o 20 minut kolejowej drogi od Zermattu. Olbrzymi parking (płatny) dysponuje miejscami przeznaczonymi dla osób niepełnosprawnych, umiejscowionymi tuż obok wejścia na dworzec kolejowy, z którego odjeżdża kolejka do miasteczka (co 20 minut). Wszystkie przejścia, wejścia i wnętrza są całkowicie płaskie i bezproblemowo dostępne dla osób poruszających się na wózkach. Nasza obecność na dworcu nie budziła niczyjego zdziwienia ani niepokoju – po kupieniu biletów podjechaliśmy do wejścia na peron, gdzie osoba obsługująca bramki otworzyła dla nas przejście i skasowała nasze bilety. Na peronie stał pociąg. Po przyciśnięciu nisko umieszczonego guzika otwierały się drzwi i wysuwała mała platforma, zakrywająca wąską szczelinę pomiędzy peronem a wejściem do pociągu - oczywiście na poziomie peronu. Bez najmniejszych przeszkód znaleźliśmy się w przedziale, płaskim, bardzo obszernym, z odpowiednimi miejscami do ustawienia wózków. Podobnie sytuacja wyglądała po dojechaniu do Zermattu – opuszczenie przez nas pociągu, a następnie dworca, nie stanowiło najmniejszego problemu i już po chwili zupełnie samodzielnie znaleźliśmy się na placu przed dworcem, skąd weszliśmy do punktu informacji (dostępnego bez przeszkód), aby zapytać o plan miasta.

Jak się okazało, lotnisko dla helikopterów leży po przeciwnej stronie miasteczka niż widoczny wyraźnie szczyt Matterhornu, tak więc mając go za plecami doszliśmy po ok. 15 minutach do celu naszej wyprawy – AirZermattAG i stanęliśmy przed ogromną bramą, która okazała się wejściem do windy. Ta zawiozła nas na poziom płyty lotniska. Biura  i kasa biletowa znajdują się w budynku ze schodami, ale dwie osoby, które nie są w stanie samodzielnie wejść do helikoptera dla nikogo nie stanowiły najmniejszego problemu. Z tego można wnioskować, że jest to usługa zupełnie normalna, z której korzystają osoby niepełnosprawne. Podróżujący z nami po Alpach kot Betowen musiał niestety  zostać w biurze lotniska, gdzie zajęli się nim bardzo z tego powodu zadowoleni pracownicy. Po pół godzinie nerwowego obserwowania malutkich helikopterów zostaliśmy zaproszeni do wnętrza jednego z nich. Dwóch pracowników lotniska. przy pomocy naszego asystenta, przesadziło nas do wnętrza helikoptera. Poza pilotem zmieściła się w nim tylko nasza czwórka.  Nadszedł najważniejszy moment całej wyprawy: pilot został poinformowany o celu wyprawy i poproszony o „dotknięcie” Matterhornu. Wywiązał się z zadania w sposób zadziwiający i wprost mrożący krew w żyłach. Wielokrotnie mieliśmy wrażenie, że gdybyśmy tylko wyciągnęli ręce,  to dotknęlibyśmy skał.  Pilot, wykonując powietrzne akrobacje wolną ręką pokazywał nam ciekawe miejsca – oczywiście Matterhorn i Klein Matterhorn, a także Gornergrat, włoskie miasteczka i Mont Blanc. Widoki zapierały dech w piersiach i mimo, że nie na byliśmy tam na własnych nogach, poczuliśmy się zdobywcami.

Po szczęśliwym wylądowaniu poszliśmy pozwiedzać Zermatt i uspokoić emocje w jednej w tysiąca knajpek, gdzie jedząc lody omawialiśmy, co jeszcze przed nami.

Po odpoczynku przemieściliśmy się na malutki dworzec kolejki zębatej, która z poziomu miasteczka (1600 mnpm) wjeżdżała na wysokość 3089 m.n.p.m. - Gornergrat. Tu po raz drugi mieliśmy okazję zobaczyć na własne oczy, że osoby niepełnosprawne nie mają w Szwajcarii najmniejszych problemów z podróżowaniem.  Jak za każdym razem, po naszym pytaniu czy osoby na wózkach są w stanie skorzystać z kolejki, mogliśmy zaobserwować skonsternowane spojrzenie kasjerki… no, bo: „oczywiście, że tak!”. Podobnie, jak na dworcu w Tasch, po zakupieniu biletów zostaliśmy wpuszczeniu na peron, na którym czekało na nas dwóch - jak się później okazało - maszynistów, którzy zaprowadzili nas do wejścia, gdzie znajdowało się niepozorne urządzenie, umożliwiające niepełnosprawnym wjazd do wagonu ze schodami w sposób zupełnie prosty i bardzo szybki. Wjeżdżając na coś w rodzaju windy platformowej podnoszonej hydraulicznie przez maszynistę w momencie obaj znaleźliśmy się w pociągu. Podobne urządzenia czekały zresztą na każdym z peronów, na każdej ze stacji, na których zatrzymywał się pociąg. Wspinająca się pod dużym kątem kolejka, z okien której mogliśmy podziwiać niesamowite alpejskie widoki, a zwłaszcza królewski Matterhorn, po ok. 45 minutach zawiozła nas niemal na szczyt Gornergrat.

Potem jeszcze kilkadziesiąt metrów przebytych samodzielnie i… szczyt został zdobyty.  Dla porządku tylko napiszemy, że na stacji znaleźliśmy toaletę dostosowaną dla osób niepełnosprawnych, a poza drogą, którą wjechaliśmy na szczyt do dyspozycji była także wjeżdżająca tam winda.  Na pożegnanie zobaczyliśmy na szczycie kozice górskie i ostatnim w tym dniu kursem wróciliśmy do Zermattu. Jeszcze tylko powrotna droga kolejką na parking w Tasch i godzinna podróż samochodem wśród gór, i znaleźliśmy się w naszym tymczasowym domu – hotelu w Saas Fee.

Następnego dnia chmury zasłoniły wierzchołki gór i trzeba było zweryfikować plany. Wycieczkę na Klein Matterhorn zastąpiliśmy badaniem dostępności pozostałych atrakcji turystycznych. W maleńkim Saas Fee rozpoczyna trasę kilka wagonikowych kolejek górskich. Udaliśmy się więc do jednej ze stacji. Po raz kolejny – już z odrobiną wahania – zapytaliśmy o dostępność  przejazdu dla osób na wózkach, i po raz kolejny okazało się, że problem taki nie istnieje. Z poziomu kasy na poziom stacji wagonikowej zawiozła nas winda, a potem pracownik obsługi, zatrzymując na moment ruch i układając aluminiową rampę, bez problemu umieścił nas w wagoniku. Przez szyby mogliśmy podziwiać oddalające się od nas coraz bardziej miasteczko i zbliżające się górskie szczyty. Dopiero stąd widać było ich ogrom i to, jak maleńka i głęboka jest dolinka, w której położone jest Saas Fee.  Nie trzeba już chyba dodawać, że do położonej na piętrze restauracji z tarasem widokowym można wjechać windą, a toaleta jest oczywiście także dostosowana.  Podziwiając widoki i pijąc lokalny napój – gorącą herbatę z likierem pomarańczowym - postanowiliśmy jeszcze zobaczyć położone na wysokości ok. 2200 m.n.p.m. Mattmark. W miejscu tym, wśród górskich szczytów, strumieni i wodospadów, powstała ogromna zapora. Podobnie jak w innych miejscach mogliśmy bez przeszkód zachwycać się przyrodą lub gościć w restauracji z tarasem widokowym (winda, dostosowana toaleta).  O tym, że góry bywają bezwzględne, przypomina tablica, upamiętniająca śmierć ponad 80 osób - w czasie budowy zapory na baraki, w których mieszkali, spadł fragment lodowca. Wracając wieczorem krętymi alpejskimi drogami przez malownicze miasteczka, ustalaliśmy dalszy plan działania.

Następny dzień zapowiadał się wyczerpująco. Postanowiliśmy bowiem zobaczyć  trzy kraje: Francję (i Mont Blanc), Włochy i Szwajcarię, przejeżdżając poprzez łączącą je Przełęcz Świętego Bernarda (2469 m.n.p.m.). Podróżowanie po górskich alpejskich drogach jest niezwykle widowiskowe, ale też czasochłonne, bowiem większość z nich to mniejsze lub większe serpentyny. Dlatego też założyliśmy, że spędzimy w drodze cały dzień, mimo iż do pokonania była odległość niespełna 500 km. Pojechaliśmy do Chamonix spojrzeć na szczyt Mont Blanc. Samo miasteczko nie zachwyciło nas, ale - uczciwie mówiąc – byliśmy urzeczeni malowniczością okolic naszego tymczasowego domu – Saas Fee. Szczyt Mont Blanc tonął w chmurach, jednak jęzory lodowców budziły nasz zachwyt i podziw dla natury. Z Chamonix zdecydowaliśmy się wyjechać przez tunel pod Mont Blanc do Włoch. Tunel ten (przejazd płatny) ma długość 11 km, a reguły obowiązujące kierowców są bardzo skrupulatnie podane do wiadomości przed wjazdem. Prędkość jazdy musi mieścić się pomiędzy 50 a 70km/h, odległość pomiędzy samochodami  nie może być mniejsza niż 150m, więc na wjazd do tunelu trzeba cierpliwie poczekać - nam zajęło to 50 minut. Po kilkunastu minutach uważnej jazdy wyjechaliśmy we Włoszech. Tu nasza uwaga skupiła się głównie na poszukiwaniu miejsca, w którym moglibyśmy zjeść obiad, jednak ze względu na porę (popołudnie) wszyscy kucharze odpoczywali, a restauracje serwowały co najwyżej napoje. W jednej kelner podjął się nakarmienia nas i przygotował… antipasti czyli malutką przystawkę, złożoną głownie z lokalnych wędlin – plasterków szynki parmeńskiej i kilku innych. Po tym niezbyt obfitym posiłku pojechaliśmy w końcu na Przełęcz Św. Bernarda. Widoki, które mogliśmy podziwiać, natychmiast kazały zapomnieć o jedzeniu.

Kolejny poranek powitał nas pięknym słońcem. Wobec tego, świadomi szwajcarskiego stopnia dostosowania obiektów dla potrzeb osób niepełnosprawnych, bez najmniejszych wątpliwości co do powodzenia wyprawy, wybraliśmy się ponownie do Zermattu, a stamtąd na Klein Matterhorn. Szczyt ten leży na wysokości 3883 m.n.p.m. i pokryty jest stale śniegiem. Z Zermattu jeździ bardzo wiele kolejek szynowych i linowych – w tym kolejka na Klein Matterhorn. Na stacji kolejki, po kupieniu biletów, podobnie jak w poprzednich kolejkach linowych, bezproblemowe dostaliśmy się do wagonika – chwilowe zatrzymanie kolejki, metalowa rampa i już. Podróż tym razem musiała odbyć się z przesiadką. Po ok. 45 minutach znaleźliśmy się u celu naszej wyprawy. Pokonując tunel wydrążony w wierzchołku góry znaleźliśmy się pod ośnieżonym szczytem Klein Matterhorn. W połowie tunelu osobna droga prowadziła do punktu widokowego umiejscowionego niemal u szczytu, na który oczywiście można było wjechać windą. Mimo niskiej temperatury – ok. 0 stopni, rozgrzewało nas piękno otaczających widoków i świadomość, że cel, jaki sobie założyliśmy wyjeżdżając z domu, został osiągnięty. Po powrocie do Zermattu zwiedziliśmy jeszcze Muzeum Matterhornu i wróciliśmy do Saas Fee.

Oczywiście musieliśmy jeszcze spróbować miejscowych specjałów – fondue i lokalnego wina, które jest tu produkowane mimo dość chłodnego klimatu. Potem mogliśmy już wracać do Katowic. Nie bylibyśmy jednak łowcami przygód i łamaczami barier, gdybyśmy wybrali prostą drogę autostradą (winiety). Wobec czego pojechaliśmy drogami lokalnymi. Jednak w najśmielszych wyobrażeniach nie doceniliśmy tego, na co się zdecydowaliśmy. Aby dojechać do celu musieliśmy pokonać dwie przełęcze - Furka i Klausen. Nasza droga z poziomu 1400 m.n.p.m. wznosiła się na 2436 m.n.p.m. i opadała na 1400m.n.p.m, aby ponownie wznieść się na 1950 m.n.p.m.  Tak krętych i wąskich dróg, ciągnących się przez wiele kilometrów, nikt z nas, mimo niemałego doświadczenia podróżniczego, wcześniej nie widział. Na serpentynach panuje duży ruch, a mimo to spadziste urwiska nie są odgrodzone od drogi żadnymi barierami ochronnymi. Drogi są bardzo wąskie, a za kolejnym zakrętem może przed naszym samochodem pojawić się… krowa. Czasem wyminięcie innego samochodu staje się niemożliwe, więc konieczne jest wycofanie się do szerszego miejsca po krętej, pełnej niespodzianek drodze. Tego również doświadczyliśmy. Jadąc spokojnie pod górę w pewnej chwili ujrzeliśmy dwie ogromne i zdecydowanie zbyt szerokie, jak na tę drogę, ciężarówki (zwożące owce). Wyminięcie wydawało się niemożliwe. Wycofując samochód i ustawiając go równolegle do krawędzi kilometrowego, nieoddzielonego barierami, urwiska – na samym jego brzegu - siedzieliśmy w samochodzie, obserwując ciężarówkę przesuwającą się w odległości 2 cm od naszego samochodu i zastanawiając się, czy uda nam się wyjść z tej przygody cało. Potem czekała nas jeszcze podróż promem przez Jezioro Bodeńskie, która dostarczyła nam kolejnych pięknych widoków.

Przeżyliśmy bardzo emocjonującą, chwilami przerażającą, ale stale zachwycająca przygodę. „Dotknięcie Matterhornu” stało się  dla nas osiągalne dzięki wszystkim udogodnieniom dla osób niepełnosprawnych, jakie napotkaliśmy na naszej drodze. W zasadzie nawet w przypadku miejsc, które odwiedziliśmy, trudno nazwać to udogodnieniami – tam to normalność, codzienność i raczej z naszym asekuracyjnym pytaniem „czy jest możliwe skorzystanie przez osobę na wózku”, czuliśmy się w końcu dziwnie.

Temperatury w Saas Fee w okresie 5-10.09 – około 10-15 st. C, w innych miejscach w okolicy ok. 25 st. C, na górskich szczytach 0-10 st. C. W słoneczne dni nie było konieczności zakładania zimowych ubrań.

Uczestnicy wyprawy:

  • Marcin Mikulski – osoba niepełnosprawna, tetraplegik (porażenie czterokończynowe)
  • Mirosław Pawłowski – osoba niepełnosprawna, paraplegik (porażenie dwukończynowe)
  • Jacek Październy – pomoc, pracuje w Stowarzyszeniu FAON w charakterze asystenta osoby niepełnosprawnej'
  • Joanna Mikulska – pomoc, członek Stowarzyszenia Aktywne Życie
  • Kot Betowen – niesłyszący kot rasy devon rex, podróżnik, urodzony w Szwajcarii.

Ceny:

  • Piwo w pubie/restauracji - od 6 do 7 franków
  • Kawa/herbata - ok. 5 franków
  • Ciasto jabłkowe / pączek - od 3 do 8 franków
  • Lody (gałka) -  ok. 3 franków
  • Fondue (1 porcja) w restauracji - od 24 do 32 franków
  • Parking: Saas Fee - 1 doba 12,5 franka, kolejne doby 9 franków (za samochód)
  • Parking: Tasch - 4-6 h - 13 franków (za samochód)
  • Przelot helikopterem (1 osoba, 20 minut) - 220 franków/osoba
  • Kolejka z Tasch do Zermatt (w obie strony) - ok. 32 franków (dla czterech osób)
  • Kolejka na Gornergrat (w obie strony) - 130 franków (dla czterech osób)
  • Kolejka z Saas Fee na Plattjen (w obie strony) - 96 franków (dla czterech osób)
  • Kolejka na Klein Matterhorn (w obie strony) - 160 franków (dla czterech osób)
  • Muzeum Matterhornu - 16 franków (dla czterech osób)
  • Tunel pod Mont Blanc - 36,80 euro (za samochód)
  • Opłata klimatyczna - 2,5 franka (za dobę za jedną osobę)
  • Prom przez Jezioro Bodeńskie - 18,30 euro (za samochód i cztery osoby)

W większości miejsc nie ma zniżek dla osób niepełnosprawnych. W niektórych miejscach bilety są sprzedawane jako grupowe (dwie osoby niepełnosprawne + dwoje opiekunów). Kot wszędzie podróżował za darmo.

Aktywni „Niezniszczalni”

DOTKNIĘCIE MATTERHORNU - 2011

TVP 2 - 4.10.2011 - Ekspres Reporterów